Fact-checker: nowe kapłaństwo epoki kłamstwa
Czyli jak zostać świętym od „prawdy najprawdziwszej”, bo korporacyjnej, nie używając mózgu choćby przez sekundę.
Są memy, które mówią więcej niż tysiąc konferencji prasowych.
Ten jest jednym z nich: mama pochylona nad dzieckiem i zdanie, które przeszłoby do historii, gdyby historia nie była właśnie przepisywana przez algorytmy – „Jeśli nie przestaniesz kłamać, to kiedy dorośniesz zostaniesz fact-checkerem na Facebooku!”

Fact checking: Brzmi jak żart
Oczywiście. Ale jak to zwykle bywa, w każdym dobrym żarcie jest cała beka prawdy.
Witajcie w epoce, w której kłamstwo zostało zinstytucjonalizowane, prawda ma regulamin, a jedynym moralnym kompasem jest to, co pracownik korporacji kliknie w panelu „Ocena treści: niezgodne z narracją”. Bo przecież nie z faktami, a z narracją rządów, korporacji, niektórych z indoktrynowanych grup naukowców, tzw telewizyjnych ekspertów i ogólnie, elit Deep State. Witajcie w czasach nowego kapłaństwa: Świętych Fact-Checkerów.
Ciąg dalszy poniżej. Polecam też:
Fact-checker – święty od jedynie słusznej prawdy
Kim jest współczesny fact-checker? To nie jest naiwny student politologii z misją „ratowania świata przed fake newsami”. To produkt, wytwór systemowy, element większej maszyny do sterowania narracją medialną, czyli tym, co ludzie mają i nie mają myśleć. To ktoś, kto nie bada faktów. On bada, czy coś pasuje do oficjalnej linii.
Jeśli tak , „Weryfikacja: prawda”. Jeśli nie, „Weryfikacja: fake news”. Proste jak konstrukcja cepa. I równie wyrafinowane. To zawód dla człowieka, który nie ma w sobie cienia wątpliwości. Nie boi się, że może się pomylić. Nie ma w nim ani grama refleksji. Ma tylko jeden cel: strzec jedynie słusznego przekazu.

Rytuał inicjacji fact-checkera: soja, algorytm i bezrefleksyjność
A jak wygląda droga kariery w tym zawodzie? Słyszałem, że kandydat musi przejść prosty rytuał:
Wypić trzy litry sojowego latte, aby pozbyć się resztek testosteronu i odwagi cywilnej. Przeczytać instrukcję „Jak nie używać mózgu i być z siebie dumnym”. Przyjąć do serca główną zasadę branży: „To nie cenzura. To troska o Twoje bezpieczeństwo.” A potem siadasz w open space z cholerną, źle ustawioną klimatyzacją, bo Aneta już kaszkę, wypełnionym roślinami i klimatem „dbamy o planetę”, wchodzisz na pulpit i już wiesz, co masz robić:
Klik. „Fałsz”. Klik. „Prawda”. Klik.n „Potencjalnie wprowadzające w błąd”. Zero merytoryki, zero analizy, zero własnych myśli, a jeśli by już, to tylko głupkowate od sojowego latte, np o tym, jaką paszę pop kulturową skonsumować wieczorem na Netflixie. Tylko odgórna instrukcja i ślepe posłuszeństwo wobec „naukowych autorytetów”, których autorytet kończy się tam, gdzie zaczyna się kasa.
Ciąg dalszy poniżej. Polecam też:
Kapłani epoki cyfrowej: strażnicy narracji
Dawniej ludzie bali się Kościoła. Dziś boją się.… platform społecznościowych. To tam ustalane są dogmaty, tam decyduje się, co jest prawdą, a co herezją. To tam Cię uciszą jednym przyciskiem, szybciej niż zdążysz napisać „a gdzie ku…. moja wolność słowa”. Fact-checkerzy to nowi inkwizytorzy. Nie spalą cię na stosie – tylko na zasięgach. Twoje wpisy będą wyświetlane mniejszej liczbie osób. Nie odbiorą ci życia, lecz odbiorą ci głos. Cóż za postęp dokonała nasza cywilizacja! Zamiast palić takich jak ja na stosie, teraz po prostu zamykają nam usta.
I co najbardziej perwersyjne: robią to w imię „walki z dezinformacją”. Czyli z samymi sobą.
Mechanizm jest piękny w swojej demonicznej prostocie. Najpierw generują jedynie słuszną narrację. Potem sami produkują „fake newsy”, np na maxa głupkowate teorie spiskowe o płaskiej Ziemi. Następnie obalają własne fake newsy i jeszcze śmieją się z każdego, kto nawet merytorycznie kwestionuje wersje oficjalne. Na końcu pokazują ludziom, jak bardzo potrzebni są fact-checkerzy. To jakby złodziej zapierdzielił Ci portfel, sam go znalazł, oddał Ci go i jeszcze mówił: „Widzisz? Jestem twoim obrońcą!”
Ciąg dalszy poniżej. Polecam też:
Dzieci uczą się kłamać? System powie im, że to kompetencja zawodowa
I tu wraca nasz mem. Matka mówi dziecku: „Jeśli nie przestaniesz kłamać, zostaniesz fact-checkerem!” A ja się zastanawiam…. Czy to aby nie jest dziś PRZEWROTNIE trafna ścieżka kariery? Bo w naszym XXI wieku prawda jest największym grzechem, a kłamstwo, jeśli ma właściwy certyfikat i logo korporacji, staje się cnotą. Dlatego nie bój się o swoje dziecko, jeśli zaczyna fantazjować, bzdurzyć, naciągać fakty. To po prostu przygotowanie do rynku pracy. Żyjemy w czasach, gdzie:
-politycy mówią o uczciwości,
-koncerny o trosce o zdrowie,
-banki o stabilności,
-media o bezstronności, (lol’d)
-a fact-checkerzy o prawdzie.
Każdy mówi o czymś, czego sam nie posiada. To taka nowa zasada świata: im mniej masz, tym głośniej o tym krzyczysz. Prawdziwy bunt nie polega dziś na paleniu opon. Prawdziwy bunt polega na samodzielnym myśleniu. Na nieprzyjmowaniu gotowców, zadawaniu pytań, które są niewygodne dla systemu. Bo jeśli przestaniemy patrzeć na świat krytycznie, jeśli oddamy decydowanie o „prawdzie” ludziom, którzy nie mają pojęcia, czym ona jest, to obudzimy się jako społeczeństwo…. któremu nie wolno już nawet pomyśleć inaczej.
A wtedy naprawdę zostaną już tylko oni: fact-checkerzy, czyli strażnicy jedynie słusznej wersji rzeczywistości. Nowi kapłani cyfrowej religii. I cała masa bezmózgiej tłuszczy wierzącej w prawdę objawioną. I wtedy mem z matką i dzieckiem nie będzie śmieszny. Będzie dokumentem, instrukcją, przepowiednią. A może już jest.
Ważna informacja dla istnienia niezależnych mediów!
❗ Proszę Was o wsparcie. Nie jako ktoś, kto wyciąga rękę – ale jako ktoś, kto wciąż stoi na nogach, mimo że świat próbuje go przygiąć. Jako ktoś, kto walczy o każdy tekst, o każdą publikację, o każdy oddech niezależności. Bo tylko dzięki Wam – nie korporacjom, nie politycznym reklamodawcom – mogę pisać prawdę bez kagańca, bez autocenzury, bez strachu, że komuś “na górze” się to nie spodoba.
Moja sytuacja jest trudna. Każdy dzień to łączenie kropek, zbieranie danych, godziny ślęczenia nad analizami, które często nie przynoszą żadnego wynagrodzenia. Jestem prekariuszem – człowiekiem pracy, który w zamian dostaje grosze i rachunki, które przychodzą jak nieubłagana pora deszczowa. Darowizny raz są, raz ich nie ma – ale obowiązki nie znikają nigdy. Wasze wsparcie to dla mnie tlen. Dosłownie. To moment, w którym mogę złapać oddech między jednym a drugim ciosem rzeczywistości. To możliwość pisania więcej, ostrzej, odważniej – bez ciągłego myślenia, czy jutro starczy na podstawowe koszty życia.
To Wy trzymacie mnie w pionie. To Wy sprawiacie, że mogę drążyć sprawy, których inni boją się nawet dotknąć. To Wy dajecie mi siłę, by nie odpuścić – gdy świat wariuje, a fałsz zalewa przestrzeń publiczną jak beton, który ma nas wszystkich przykryć. W zamian daję Wam to, co naprawdę mam – słowo bez filtrów, bez nacisków, bez sponsorów nad głową. Prawdę mówioną ludzkim językiem, a nie PR-owym bełkotem tworzonym pod dyrektywy.
Jeśli czujecie, że to, co robię, ma dla Was wartość – jeśli moje publikacje pomagają Wam rozumieć ten chaos, przebić się przez mgłę dezinformacji – proszę, pomóżcie mi dalej tworzyć. Ta niezależność istnieje tylko dlatego, że Wy ją podtrzymujecie.
Dane do wsparcia:
1️⃣ Przelew tradycyjny:
Nr konta: 84 1160 2202 0000 0006 1935 5350
Odbiorca: Jarosław Kasperski
Tytuł: Darowizna
Dla wpłat z zagranicy:
BIC/SWIFT: BIGBPLPWXXX
IBAN: PL84116022020000000619355350
2️⃣ Blik na nr telefonu: 886 489 463
3️⃣ Przez BuyCoffe: [Kliknij tu]
4️⃣ Przez PayPal (wygodne z zagranicy): [Kliknij tu]



Dodaj komentarz