To ta wycieczka nad morze, po której nabawiłem się oparzeń słonecznych.
Gdziekolwiek nie jedziemy, to zawsze mamy do czynienia z dwiema sprawami. Po pierwsze, tam, gdzie się udajemy, też są różne życiowe problemy, tak jak i w naszym kraju, Polsce. Po drugie, dokądkolwiek byśmy się nie udali, zawsze zabieramy siebie i swoją głowę. A w niej kolejne problemy.








Choć owszem, teoretycznie można pojechać na drugi koniec świata bez głowy. Taka możliwość zresztą istnieje. Jednak trudno wtedy pić kolorowe drinki z palemką, no i selfie, czyli zdjęcie robione samemu sobie, dość kiepsko bez głowy wychodzi.
Spotkałem się z kobietami totalnie wyprutymi z zasobów energii. Na wszystko narzekały, twierdzą, że totalnie nie lubią już Polski, i nic ich z naszym państwem nie łączy. Chciałyby mieszkać gdzie indziej – i stosunkowo często zachwycają się one krajami arabskimi. Występuje tu zresztą szereg freudowskich i hellingerowskich zjawisk, lecz chciałem tylko powiedzieć, że jadąc tam zabierasz także to, co mieści umysł. Przed tym nie ma ucieczki, nawet gdybyś pojechała na sam koniec świata (czyli do Oceanii).
Więc pojedziesz na medytacyjny warsztat jogi do Tajlandii bądź Indii. Będzie bardzo fajnie, wręcz duchowo. Ale stare problemy wrócą, gdy tylko w smętny poniedziałek rano przekroczysz drzwi swojego zakładu pracy.



Dodaj odpowiedź do Saamolub Anuluj pisanie odpowiedzi